czwartek, 17 października 2019

Opowiadanie z motywem vanitatywnym “Bractwo”

– Jutro, gdy dzwony wybiją dwunastą, Robert de Sable podzieli los swoich przodków – powiedział wysoki mężczyzna, ubrany w długi granatowy płaszcz z kapturem, zakończonym szpiczastym dziobem przypominającego orli dziób. Jego niski i surowy głos mroził krew w żyłach. Pięciu asasynów stało na baczność przed swoim mentorem Al-Mualinem. Każdy z nich miał spuszczony wzrok i nawet nie przychodziło im do głowy, aby spojrzeć prosto w oczy swojego mistrza. Przez chwilę panowała cisza, którą przerwał mężczyzna ubrany w biały, długi płaszcz z kapturem, zakrywającym jego oczy. Na obu rękach nosił skórzane karwasze z kawałkami metalu na górnej stronie. Służyło, to głównie jako dodatkowy pancerz. A po wewnętrznej stronie było umocowane ukryte ostrze, broń charakterystyczna dla asasynów. Jego pas był obwiązany czerwonym materiałem, a na niego został nałożony szeroki i gruby pas zrobiony z twardej skóry. Przeszedł obok pięciu nowicjuszy i spojrzał na swojego mistrza, który ruchem ręki kazał mu podejść.
– Jakieś nowe informacje Ahmecie? – zapytał się, mierząc wzrokiem przybysza.
– Tak, jutro o godzinie dwunastej przez Damaszek będzie przejeżdżał orszak Roberta de Sable. Jednak Templariusze spodziewają się naszego ataku, przez co będzie rozstawiona straż na dachach budynków oraz w tłumie – odpowiedział i spojrzał na pięciu współbraci. W jego oczach pojawiło się zwątpienie albo współczucie. – Nie chcę być mistrzu niemiły, ale jest mistrz pewny, że tacy nowicjusze dadzą sobie radę? – Spojrzał na Al Mualima, który spiorunował go morderczym wzrokiem. Głośne przełknięcie śliny odbiło się echem od grubych ścian fortecy.
– Myślisz, po co przechodzili dziesięcioletni trening? Po co niby mieli harować ciało i duszę? Po co dzień w dzień ich pot mieszał się z krwią? To wszystko po to, aby teraz siedzieć za murami i czekać jak ci barbarzyńcy najadą na Masjaf? – powiedział sarkastycznym tonem, a jego gesty stały się dynamiczniejsze. Donośny głos mentora zagłuszył każdą możliwą myśl u zebranych.
Można było zauważyć, że Ahmed chciał coś powiedzieć, jednak się poddał. Nie chciał narażać swojego stanowiska, które ciężko zdobył. Już wystarczająco naruszył kredo, chcąc wyrazić swoje zdanie. Wycofał się i starzec spojrzał na swoich pięciu poddanych, z których uszła pewność siebie i wstąpiło w nich zwątpienie oraz strach.
– Jesteście asasynami, nie możecie bać się śmierci. Ibrahimie Ibn La’Ahad, Abbas Sofian, Maliku i Kadar Al-Sayf oraz ty, Omarze Adiin, żyjecie po to, by bronić bractwa i ich sojuszników od tych barbarzyńców zwanych templariuszami, ta misja jest ważniejsza od waszego życia – rzucił niezadowolonym tonem i odwrócił się plecami do mężczyzn. Uznali to za znak, żeby opuścić komnatę mistrza i udać się do stajni, by pojechać do Damaszku.
Pięciu mężczyzn wkroczyło bezszelestnie do stajni. Ich wierzchowce stały w drewnianych boksach, czekając na swoich właścicieli. Na widok zakapturzonych postaci zastrzygły uszami, przyglądając się podejrzanym postaciom. Kary ogier o szczupłym profilu uniósł wysoko łeb i wyłonił się ze swojej zagrody. Na twarzy młodego Ibn La’Ahad pojawił się delikatny uśmiech, na tyle niewidoczny, że wiele osób by nie zauważyło tego gestu. Jednak wierny rumak młodzieńca wyczuł emocje swoje pana. Cicho, aczkolwiek niskim tonem zarżał, próbując w ten sposób pokazać swoją radość na widok towarzysza. Ibrahim uniósł skórzane siodło i uzdę z podłogi, po czym osiodłał swojego rumaka. Obok nich stał gniady arab wraz z Abbasem, który wrogo zerkał na swojego kompana. Nikt nie znał powodu do jego zawiści w stronę najmłodszego członka drużyny. Podejrzewano, że miało to związek jakąś kobietą, ponieważ to był najczęstszy powód do konfliktów między mężczyznami, a szczególnie młodymi. 
– Tylko się nie wystrasz na widok Templariusza, młody! – zakpił z odwagi i honoru Ibrahama. – Mistrz popełnił błąd, dając ci możliwość pojechania z nami na tak istotną misję – dodał, kręcąc głową i poklepał swojego wierzchowca po szyi. 
– Abbas, przyjacielu, proszę cię, abyś był milszy w stosunku do Ibrahama. Mamy razem współpracować, a nie dogryzać sobie nawzajem. – Tę niezręczną, a co więcej nieprzyjemną sytuację przerwała słuszna i mądra sugestia dowódcy drużyny, Omara Adiin.
Mężczyzna służył już na niejednej mało istotnej misji, jednak jego doświadczenie na polu bitwy zdecydowanie przewyższała resztę członków. W odpowiedzi dostał jedynie ciche prychnięcie pod nosem ze strony młodego Sofiana. Bracia Al-Sayf pokręcili jedynie głowami i spojrzeli ze współczuciem na młodzieńca. Abbasa wiele osób znało jako osobę, która uwielbiała prześladować młodszych lub słabszych. Nie było to mile widziane w bractwie, jednak mistrza, to za bardzo nie interesowało, czy jakiś jego podwładnych padł ofiarą prześladowań. Omar już nic więcej nie mówiąc, wyprowadził z boksu swoją piękną, o lekkiej sylwetce siwą klacz. Stanął przed stajnią, czekając na resztę drużyny. Czuł się odpowiedzialny za ich życie. Za jego krokami poszła reszta. Ostatni wyszedł Ibraham, który odczuwał dyskomfort w towarzystwie Sofiana. 
– Nie zostań w tyle – rzucił obojętnie prześladowca i skierował się w stronę wyjścia. 
– O to się nie martw przyjacielu. Nie zostanę w tyle – odpowiedział spokojnym i dumnym, ale też przyjemny dla ucha głosem. 
Na twarzy Abbasa pojawiło się zaskoczenie słowami swojego kozła ofiarnego. Spodziewał się bardziej pokornego chłopca, który się przestraszy nowych wyzwań. Pomylił się. Na te słowa jedynie wzruszył ramionami i wyprowadził swojego gniadosza ze stajni. Od razu dosiadł rumaka przy wejściu. Na samym końcu stał kary ogier, który był nieco mniejszy od reszty ogierów, ale jego aparycja wskazywała na jego szybkość oraz zwinność. Te dwie zalety uwidaczniają się w momencie szybkich podróży między miastami i ucieczek przed kilkoma ciężko uzbrojonymi rycerzami. Na przodzie jechał Omar, który wyznaczał trasę i dostosowywał tempo jazdy do całej drużyny. Ścisnął łydkami  swojego wierzchowca, który ruszył wolnym kłusem w stronę wyjścia. Przekraczając próg bramy ogromnej fortecy Masjaf, ruszyli żwawym galopem w stronę Damaszku. To był ich pierwszy raz, gdy opuścili bezpieczne mury, chroniące ich od tego brutalnego i niesprawiedliwego świata.
         Podróż trwała całe południe. Wierzchowce galopowały bez przerwy. Konie były już zmęczone ciągłą podróżą i najchętniej by stanęły przy jakimś wodopoju. Jednak młodzi asasyni nie mieli czasu, żeby odpocząć. Był to niemal wyścig z czasem. Chcieli dojechać do Damaszku, aby jeszcze później nieco powęszyć, poszukać jakichś dróg ucieczek na wszelki wypadek, jakby coś nie poszło po ich myśli. Dojeżdżając do bram miasta, zatrzymali się przy małej stajni, schowanej gdzieś w gąszczach, aby templariusze nie mogli się zbliżyć zbyt bardzo do niej. Nie chcieli przecież nieproszonych gości, którzy zrobiliby jeden wielki bałagan… Oddali swoje drogocenne rumaki w ręce stajennego, który się nimi od razu zajął. Młodzieńcy założyli na siebie białe kaptury, zakończone ostrym dziobem jak u orła. Spokojnym krokiem podeszli do głównej bramy Damaszku. Stała przed nią kilkuosobowa straż i sprawdzała każdego podróżnika. Jednak mnichów zostawiali w świętym spokoju. Spojrzeli na siebie z nutką niepewności. Omar nic nie mówiąc, zrobił pierwszy krok w stronę kolejnej grupy mnichów. Zauważyli, że każda kolejna grupa pojawiała się w oznaczonych odstępach czasowych. Była to idealnie okazja, aby wkraść się za mury Damaszku. Niestety, musieli wejść oddzielnie, ponieważ zbyt wielu uzbrojonych asasynów w białych płaszczach wzbudziłoby podejrzenia wśród wartowników. Nikt nie chciałby takiej niefortunnej sytuacji. Wszyscy chcieli, aby misja zakończyła się bez żadnej zbędnej ofiary. 
         Pierwszy wkroczył Omar, za nim Malik, a potem Kadar. Ibraham wraz z Abbasem stali przez chwilę w miejscu. Oboje czuli się niepewnie. Byli najmłodsi i bali się bliskiego spotkania z templariuszami, którzy najchętniej to by poderżnęli im gardła albo powiesili na szubienicy. 
– Idę przodem – rzucił dumnie młody Sofian, jednak w jego głosie skrywała się nutka strachu i niepewności.
Bał się. Zresztą jak każdy, kto po raz pierwszy miał mieć do czynienia z templariuszami albo ich sojusznikami. Ze spuszczoną głową Abbas wkroczył w grupkę czterech mnichów. Złożył dłonie jak do modlitwy. Gdyby nie fakt, że Ibraham znał go, uznałby mężczyznę za pobożnego mnicha. W końcu nadszedł czas na najmłodszego członka drużyny. W głowie młodego Ibn La’Ahad pojawiły się różne scenariusze tej akcji, szczególnie te zakończone szubienicą lub poderżniętym gardłem. Przypomniał sobie nauki mistrza, który za każdym razem, gdy uczeń podczas treningu kamuflażu zerkał na boki, został za karę zlinczowany biczem z pięć razy. Bolesna była to kara. Nikt nie chciał paść jej ofiarą więcej niż dwa razy. Szybko nauczyli się zachować zewnętrzny spokój, powagę oraz pewność siebie. Strażnicy musieli odnieść wrażenie, że dany asasyn był tak naprawdę mnichem, a nie skrytobójcą. Ibraham wkroczył w grupę modlących się duchownych.  Złożył dłonie jak do modlitwy, spuścił głowę i delikatnie poruszał ustami tak, jakby odmawiał modlitwę. W momencie, gdy przechodzili przez bramę, poczuł na sobie wzrok jednego ze strażników. Poczuł strach przed zdemaskowaniem, ale zachował jednak powagę i spokój. Nie chciał zawieść i przegrać z jego rywalem Abbasem. Chciał udowodnić swoją wartość i użyteczność swoim kompanom. A tym bardziej nie chciał rozczarować Omara, który stał w jego obronie. Szczęście się uśmiechnęło do mężczyzny i bez większych oporów przeszedł przez bramę Damaszku. Odszedł jeszcze kawałek, tak aby żaden z wartowników nie zauważył jego odłączenie się do grupy. Nie minęła długa chwila, nim mnichowie skręcili w ciemną, małą uliczkę. Ibraham widząc, że odeszli na bezpieczną odległość, opuścił duchownych, po czym wskoczył na ścianę budynku obok. Chwycił się dziury w ścianie, która umożliwiła mu podciągnięcie się na wyższe szczebla. Gdy dotarł na dach, na niego czekało już czterech asasynów. Niestety, jeden z nich siedział z podkuloną nogą. Był to wielki oraz dumny Abbas. Najwyraźniej tylko jemu nie udało się przejść tej pierwszej próby. Jednak nie został zdemaskowany przy wejściu, ponieważ Ibraham zauważyłby jakieś ślady walk. Najwyraźniej stało się to podczas próby wyłonienia się z tłumu. Zrobił to zapewne zbyt gwałtownie i niestety, w nieodpowiednim momencie. Na jego nodze pojawiła się plama krwi, która delikatnie zabarwiła jego białe szaty. 
– Wybaczcie bracia za mój błąd – westchnął głośno z żalem w głosie.
– Nie szkodzi Abbasie, każdy ma prawo popełnić błąd. Ważne, że bracie żyjesz. – Omar pochylił się nad nim i poklepał go po ramieniu. Na twarzy braci zagościły przyjazne uśmiechy. Wszyscy bez wahania zgodziliby się, że Adiin był najlepszym dowódcą, jakiego mogli sobie wyobrazić. Nie wyzywał swoich podwładnych, gdy im się noga podwinęła, dbał i troszczył się o nich.
– Musimy go zabrać do Rafika, żeby opatrzyć jego rany, zanim dojdzie do zakażenia – oznajmił Malik, który pomógł wstać swojemu kompanowi. Z drugiej strony pomógł mu Kadar. W ten sposób przenieśli nieszczęśnik w bezpiecznie miejsce, w którym mógł odpocząć. Po drodze do biura nie próżnowali. Cały czas badali teren. Mieli oczy dookoła głowy. Nie chcieli przegapić żadnego szczegółu, który mógłby doprowadzić ich do porażki. 
Piątka kompanów weszła do ciasnego pomieszczenia. Na ich przywitanie wyszedł starszy mężczyzna z siwą brodą aż do obojczyków. Był to Rafik, czyli osoba z bardzo szanowana w bractwie i zasiadająca bardzo wysokie stanowisko. Bez zgody takiej osoby asasyn nie miał prawa rozpocząć misji. Spojrzał na nich wszystkich uważnym wzrokiem, analizując każdy milimetr ich aparycji. Widząc rannego Abbasa, delikatnie się uśmiechnął. Zaprosił ich do środka i od razu przyniósł bandaże, aby opatrzyć chłopaka. Po udzieleniu pierwszej pomocy kazał rannemu odpocząć, aby nabrał nieco sił na misję następnego dnia.
– Istnieje podejrzenie, że Robert de Sable nie przyjedzie osobiście, ale jego podobizna. Najprawdopodobniej boi się o swoje cenne, psie życie. – Prychnął kpiąco Rafik, plując na ziemię. 
Nikt by nie podejrzewał dostojnika o dosyć prymitywne zachowanie. Malik spojrzał na Omara, który nic nie powiedział. Nie chciał kłopotów, a wiedział, że za zwrócenie uwagi osobie z wyższą rangą może skończyć się nie najciekawiej. Przedstawił im plan miasta oraz taktyki, które zdążył opracować na podstawie wielu informacji od innych członków bractwa. Dwóch miało stać w tłumie, a innych dwóch miało stać na dachu i zdejmować groźnych łuczników, którzy posiadali bystry wzrok. A ostatni miał służyć jako posiłki. Inaczej mówiąc, miał pozostać gdzieś w tyle, aby później wzmocnić jedną z drużyn. Tę pozycję zajął Ibraham, który był najszybszy i najzwinniejszy z całej piątki. Potrafił się wtopić w tłum lub przeskakiwać z wielką łatwością z dachu na dach. Abbas został przypisany do grupy, która miała wyprowadzić atak z ziemi. Omar nie chciał, żeby ryzykował swoim zdrowiem, wspinając się na budynki. Doskonale również wiedział, że młody Sofian był wyśmienitym szermierzem. Oczywiście miał świadomość późniejszego zachowania prześladowca Ibn La’Ahada. Wiedział, że Abbas wykorzysta w przyszłości tę misję przeciwko Ibrahamowi. Kasztanowe oczy Omara błądziły po swoich podopiecznych. Zaczął odczuwać strach i nadmiar odpowiedzialności, które wziął na swoje barki, godząc się na prowadzeniu drużyny ku zwycięstwu. 
– Odpocznijcie bracia, zasłużyliście na porządny odpoczynek. – Posłał ciepły i przyjazny uśmiech w stronę młodszych towarzyszy. Wszyscy poszli do swoich pokoi, jednak nikt nie spał. Każdy był zbyt podekscytowany i niecierpliwy dnia następnego. 
Ibrahama obudziły oślepiające promienie słoneczne, przedzierające się przez małe otwory w ścianach budynku. Usiadł na łóżku i przetarł swoje oczy. Nagle uświadomił sobie, że było coś nie tak. Nie wyczuwał obecności większej ilość osób niż dwóch w tym budynku. Wstał i ubrał białą szatę w pośpiechu. Przeraził się, że drużyna o nim zapomniała. Wybiegł z pokoju w stronę wyjścia. Zatrzymał go Rafik tuż przy wejściu do biura. 
– Spokojnie bracie, twoi towarzysze poszli zbadać teren. Ten ranny młodzieniec nadal jest w swoim pokoju i odpoczywa. Niedługo wrócą. – Uspokoił Ibrahama. 
Mężczyzna odetchnął z ulgą i wrócił do swojego pokoju. W drodze do niego coś mu przestało pasować. Nigdy, za żadne skarby na świecie Omar, Malik i Kadar by nie wyszli, nic nie mówiąc. Chciał zawrócić, aby zapytać się Rafika, czy na pewno zauważył ich wychodzących z biura. Jednak intuicja mu podpowiedziała, żeby nie zawracał, ponieważ starzec odpowiedziałby to samo. Postanowił odwiedzić Abbasa. Może on o czymś wiedział. Cichym krokiem skierował się w stronę pokoju swojego prześladowcy… Nie, kompana. Podczas misji trzeba było zakopać topór wojenny i współpracować, jeśli chcieli odnieść sukces. Oczywiście, nie było to proste zdanie dla takiej osoby jak Abbas, który był nadzwyczaj dumny. Nie umiał pokazać pokory ani przyznać się do błędu. Ciemnoskóry zapukał do drewnianych drzwi, ale bez odpowiedzi. Nie chcąc przeszkadzać starszemu koledze, odczekał jeszcze kilka chwil, jednak niezręczna cisza, jaka panowała w skromnym pokoju. Wbrew wszelkim zasadom kultury, Ibn La’Ahad otworzył drzwi. Przed sobą zobaczył mężczyznę, który był związany, a jego usta zostały zakneblowane białym materiałem. Nie wahając się ani sekundę dłużej, uwolnił swojego towarzysza. Abbas spojrzał z wdzięcznością na najmłodszego członka drużyny.
– Dziękuję ci bracie – powiedział, marszcząc przy tym brwi. 
– Kto to zrobił? – zapytał się zatroskany Ibraham, którego zmartwiła mimika kompana. 
– Zrobił to ten stary zdrajca… – odpowiedział i próbował wstać ze swojego łóżka, jednak jego rana na nodze się powiększyła.
Okazało się, że Rafik o świcie wszedł do pokoju Omara, gdzie przebywali jeszcze Malik i Kadar. Jednak nie był sam. Towarzyszyło mu dwóch innych uzbrojonych mężczyzn, którzy nie byli rycerzami należącymi do zakonu, ale jednak byli na ich usługach. Abbasa obudził krzyk wściekłego jak psa Kadara, który rzucił kilka bluźnierczych komentarzy w stronę rzekomego asasyna o wysokiej randze i posiadającego wiele szacunku. Wybiegł, kuśtykając na ratunek swoim towarzyszom, jednak rana na łydce nie pozwoliła mu zwinnie się poruszać. Został schwytany i brutalnie pobity. Związano nieprzytomnego Abbasa. Dalej już nikt nie wiedział, co się stało… Nagle do biura weszło kilku mężczyzn. Było słychać brzęk ciężkiej kolczugi i dźwięk położenia metalowych przedmiotów na drewniany stół. Usłyszeli również słowa witające Rafika z nietypowym akcentem. Kojarzył im się z francuskim lub angielskim sposobem mówienia. Spojrzeli na siebie i Ibraham dał znać Abbasowi, aby chwycił broń i powoli kierował się w stronę wyjścia. On zaś sam postanowił podsłuchać niezwykle ciekawej rozmowy między zdrajcą bractwa a templariuszami. Nie podchodził zbyt blisko, ponieważ miał świadomość zdolności starca. Na pewno bez problemu by wyczuł obecność nowicjusza, który po raz pierwszy poczuł w żyłach adrenalinę. Dowiedział się aż za wiele w ciągu kilku minut. Informacja o orszaku Roberta de Sable była jedynie kłamstwem stworzonym przez Rafika, który zaplanował tę całą sytuację, aby osłabić czujność mistrza w Masjafie, aby wojska Roberta de Sable mogły to wykorzystać i zaatakować fortecę. Przez chwilę Ibraham zapomniał, jak się poprawnie oddycha. Nie spodziewał się, że taka z pozoru niewinna misja miała się zakończyć odkryciem spisku. Wycofał się, jednak nie zauważył za sobą Abbasa, który również przysłuchiwał się rozmowie. Był jednak zbyt emocjonalny, aby się powstrzymać od wykonania jakiegoś nierozsądnego ruchu. Wyprostowany i dumny wyszedł zza rogu, wyciągając swój oręż. Mina Rafika od razu przybrała inne barwy. Był niezadowolony z przebiegu zdarzeń. Najwyraźniej myślał, że najmłodszy asasyn wróci do swojego pokoju i nie będzie już dalej węszył. Przecenił spostrzegawczość i błyskotliwość Syryjczyka. 
– Ciekawość to pierwszy krok do piekła chłopcy… – Spiorunował wzrokiem Abbasa, który stał w miejscu z wypiętą klatką piersiową i z mieczem w dłoni. 
Nic nie mówił. Jego gesty pokazywały jego uczucia. Zaciskał z wielką siłą rękojeść miecza. Drugi nowicjusz stanął obok swojego kompana i również dobył miecza. Instynkt mu nakazał wykonać ten ruch. Templariusze przeklęli coś pod nosem w niezrozumiałym języku dla innych. Wydobyli swoje piękne miecze i przyjęli pozycję szermierską. Abbas rzucił się na nich z krzykiem, jednak Ibraham go zatrzymał. Zrobił to w ostatniej chwili. Tuż przed nadpobudliwym mężczyzną pojawiła się strzała wbita w ziemię. Mieli łuczników jako dodatkowa siła zbrojna. Młodzieniec o złotych oczach, czyli Ibraham, zauważył uchylone drzwi do jakiegoś przejścia. Popchnął swojego towarzysza w ich stronę. Stracił równowagę, przez co przeturlał się przez schody, a sam złotooki zbiegł jak najszybciej po stopniach, aby pomóc wstać Abbasowi. Doskonale wiedział, że zaczną ich gonić, a możliwości łucznika były bardzo ograniczone w ciasnych pomieszczeniach. Idąc głębiej, zorientowali się, że zeszli do lochów. Kolejne dziwnie zjawisko. Lochów nie powinno być w takich miejscach, to było sprzeczne z prawem. Znaleźli niedaleko pochodnię, która oświetlała korytarz na kilka kroków. Zatroskany mężczyzna spojrzał na swojego rannego kompana. Zauważył, że jego noga zaczęła ponownie krwawić. Przeklął cicho pod nosem. Musiał zatamować krwawienie, zanim zacznie zostawiać po sobie ślady. Oderwał kawałek swojej szaty, aby zatrzymać na chwilę krwotok. 
– Al-Mualim się zdziwi… – wydusił z siebie czarnowłosy Sofian. – A ufał temu Rafikowi! – dodał gniewnym głosem. 
– Mnie bracie, martwi inna rzecz… Gdzież są nasi towarzysze broni? – zapytał się, rozglądając się na wszystkie strony. 
Bał się o ich życie. To była jedna z cech Ibrahama. Martwił się i troszczył się o innych, nawet jeśli nie było to wskazane przez mistrza. Każdy nowicjusz wiedział, że osoba z miękkim sercem daleko nie zajdzie. Jego dobroć zostałaby wykorzystana przez niejednego chytrego człowieka, który nie miałby żadnych hamulców przed potraktowaniem kogoś jak przedmiot do osiągnięcia swoich zacnych celów. 
Nagle, zza rogu wyskoczył rycerz z ciężką zbroją na sobie. Abbas wyciągnął gwałtownie miecz, odpychając swojego pomocnika na bok. Jednak wróg nie był sam. Towarzyszył mu łucznik. Co prawda, to nie był najrozsądniejszy pomysł zabierać w ciasne lochy wojownika, którego umiejętności sprawdzały się na odległości i na mniej określonej powierzchni, aby mógł sprawnie się poruszać. Łucznik, wyskakując ze swojego ukrycia, nie zauważył pewnego cienia, który się do niego zbliżał. Rzucił się na niego niczym wygłodzony lew na swą ofiarę. W mgnieniu oka powalił wroga, zatapiając swoje ostrze w jego gardle. Od grubych, glinianych ścian odbijał się odgłos bulgotu… Szermierz natychmiast się odwrócił, aby sprawdzić, co się stało z jego przyjacielem. Ten ruch kosztował go życie. Abbas bez chwili wahania zamachnął się mieczem. Robił to, co kazał i pouczał go mistrz. Odbierał życie wrogom bractwa, ludziom, którzy zboczyli z odpowiedniej drogi. Chwilę później z cienia wyłoniło się kolejnych dwóch asasynów. Był to Malik i Kadar. Ibraham spojrzał na podnoszącego się mężczyznę, którego oczy były zakryte kapturem. Po szerokich barach rozpoznał w nim Omara. Rycerz spanikowany zaczął wymachiwać mieczem bez ładu i żadnego manewru. Jeden z rodzeństwa zablokował miecz przeciwnika, a młodszy brat przeciął orężem brzuch napastnika. Krew wypłynęła z rany, uwalniając przy tym parę. Upadł na ziemię, na której pojawiła się kałuża tego czerwonego płynu. 
– Co się stało przyjaciele? – zapytał się Ibraham, lustrując wszystkich zebranych swoimi złotymi oczami. 
– Zdrada Rafika – odpowiedział krótko, ale zrozumiale Omar. Nikt nie zadawał więcej pytań. 
Wiedzieli już, że mistrz nie będzie zadowolony z rezultatów misji, ale coś innego ich jeszcze bardziej przerażało… Nie wiedzieli, jak się wydostać z tych lochów. Dowódca drużyny postąpił krok do przodu. Usłyszeli jedynie głośne chrupnięcie, które rozniosło się po całym ciemnym korytarzu. Spojrzeli pod swoje nogi i ujrzeli ciała na różnych etapach rozkładu. Okazało się, że odgłos łamanych kości było rezultatem nadepnięcia na piszczele jakiegoś szkieletu. Gdyby nie ta sytuacja, nikt by nie poczuł smrodu drażniącego nos mężczyzn. Zapach był okropny. Woń gnijących ciał mieszała się ze śmiercią, która wisiała nad nimi, przykładając kosę do ich gardeł. Złotooki podał pochodnię swojemu przyjacielowi, który szedł na przodzie. Od razu zauważyli, że przed nimi pojawiła się jakaś podejrzana postać z mieczem w ręku. Zmarszczyli czoło. Rozpoznali nieznajomego po jego nietypowych długich szatach. „To ten zdrajca” pomyślał z niesmakiem Ibraham, który cenił lojalność i wierność podwładnego. Omar oddał pochodnię jego poprzedniemu właścicielowi, a sam wyciągnął swój półtora ręczny miecz. 
– Malik, Kadar, zaprowadźcie ich do wyjścia. Zatrzymam i zabiję człowieka fałszywego – rozkazał poważnym tonem dowódca kompanii. 
Zrobili to niechętnie, jednak rozkazy dowódcy jest święte i niepodważalne. Zaczęli się wycofywać, jednak członka rodziny Ibn La’Ahad dręczyło sumienie. Nie mógł zostawić swojego przyjaciela na pewną śmierć. Każda osoba, mająca nieco oleju w głowie, nie stawałaby do walki z doświadczonym wojownikiem i zabójcą. Złotooki przez całą drogę do wyjścia walczył sam ze sobą. Chciał zawrócić, aby pomóc kompanowi, ale bał się jego gniewu spowodowanego brakiem posłuszeństwa. Stanął na progu malutkich, drewnianych drzwi i odwrócił się w stronę ciemnych korytarzy.
– Idźcie przodem bracia. – Tymi słowami zawrócił z powrotem do lochów. 
Miał świadomość, że mógł już więcej nie ujrzeć światła dziennego, jednak sumienie by go dręczyło do końca życia. Wybrał przyjaźń nade order. Biegł w stronę głównego pomieszczenia w lochach, tam, gdzie rozstali się z dowódcą. Gdy tylko tam dotarł, nie mógł uwierzyć swoim oczom. Doświadczony wojownik został poważnie ranny w lewy bok, który obficie krwawił. Był pod wrażeniem czynu swojego przyjaciela, jednak… sam asasyn nie był w najlepszym stanie. Był poharatany, na jego ciele znajdowało się mnóstwo ran ciętych, a co gorsze, stracił jedno oko. Próbował się podnieść z brudnej podłogi, ale ból nie dawał mu spokoju. Cierpiał. Próbował tłumić w sobie wszelkie oznaki agonii. Ku niemu zbliżał się dumnym krokiem Rafik, trzymający miecz w gotowości. Ibraham nie czekał na żaden rozkaz. Wybiegł zza rogu, trzymając wysoko swój oręż. Zamachnął się mieczem, wykonując prosty i przewidywalny manewr. Chciał odepchnąć na kilka sekund zdrajcę. Kątem oka zauważył, jak Omar otwierał usta, by zaprotestować, ale jedyne co wydobyło się z jego ust, to syknięcie przepełnione bólem. Ze złością w oczach Ibraham zaatakował zdrajcę, kolaboranta. Najpierw zaatakował jego lewy bok… Tuż przy ciele zmienił dynamicznym ruchem kierunek ostrza wprost w klatkę piersiową. Drugą ręką sięgnął po krótki sztylet, który często służył jako nóż do rzucania. Gdy wróg skupił całą swoją uwagę na mieczu, nie zauważył szybkiego, niespodziewanego natarcia ze strony młodzieńca. Zrozumiał swój błąd dopiero w momencie, jak poczuł ukłucie w ramieniu, które szybko przeszło na brzuch. Sztylet nie zostawił po sobie głębokich ran. Celem tych niespodziewanych ataków było zadanie płytkich ran ciętych. Miały na celu jedynie wyprowadzić przeciwnika z równowagi i nieco skrępować jego ruchy. Takie małe rany potrafiły wyjątkowo skutecznie krępować ruchy i doprowadzać do szewskiej pasji. Na to czekał jedynie słabszy Ibraham. Nauczono go wiele różnych, niekoniecznie czystych zagrań podczas walki z potężniejszym przeciwnikiem. Jednych z taktyk było zdenerwowanie wroga. Na to czekał cierpliwy i skupiony mężczyzna. Starzec dał się nabrać na tak prostą sztuczkę. Duma i pewność siebie zakryła mu oczy rozsądku i ostrożności. Gdy wściekły Rafik atakował całą siłą chłopaka, zapomniał o istnieniu Omara, członka drużyny, który przysporzył mu najwięcej kłopotów. Dowódca drużyny podniósł się z podłogi i ostatnimi siłami chwycił swój oręż. Krokami ciche jak szept zbliżył się do wroga. Z jego karwasza wysunęło się ukryte ostrze, które było ostrzejsze od niejednego sztyletu. W momencie, gdy Rafik odchylił się, aby obronić się przed kolejnym atakiem Ibrahima, Omar zjawił się za nim. W ułamku sekundy zatopił ostrze w ciało nędznika, a dokładniej w gardło. Ta śmierć nie była szybka i bezbolesna. Starzec nie mając już więcej sił w nogach, upadł na kolana. Przyjaciel młodego Ibn La’Ahad osunął się na ziemię. Rana zadana w poprzednim pojedynku była zbyt głęboka. Ibraham podbiegł do kompana. Nie chciał, by upadł twarzą na tę brudną podłogę.
– Wybacz bracie. Zawiodłem was – powiedział słabo, a na jego młodzieńczej twarzy pojawił się delikatny uśmiech. 
– To nie twoja wina bracie. Dziękuję za wszystko… – wydusił z siebie złotooki młodzieniec i uniósł delikatnie kąciki ust. Cieszył się, że mógł towarzyszyć swojemu przyjacielowi w jego ostatnich chwilach, jednak nie wiedział, co powinien powiedzieć reszcie drużyny, a szczególnie mistrzowi. 
– Weź ten medalion… – Słabym ruchem umierający wojownik, wskazał na wystający łańcuszek na jego szyi. Nowicjusz nie czekając już ani sekundy dłużej, zerwał z niej medalion. Usłyszał nadchodzące kroki rycerzy, którzy pewnie się zaniepokoili długą nieobecnością Rafika. 
– Zrób to… – Ruchem głowy wskazał na sztylet Ibrahama. Zrozumiał przekaz. Wolał mu skrócić cierpienie, niż pozwolić mu zginąć z rąk barbarzyńców. 
– Spoczywaj w pokoju. – W głosie młodzieńca było słychać żal i smutek, ale wiedział co zrobić. Zamknął oczy i wypełnił ostatni rozkaz swojego dowódcy.
Wybiegł przez małe przejście w ścianie na główną ulicę Damaszku. Biegł ile sił w nogach, aż do głównej bramy, gdzie powinna na niego czekać reszta kompanów. Nie zwracał już uwagi na to, czy przebiegał obok wartowników. Chciał opuścić Damaszek, grób jego przyjaciela, dowódcy, towarzysza broni. Bez strachu w oczach przebiegł obok straży, która zareagowała gwałtownie. Nie zdążyli go jednak zatrzymać. Ibraham ujrzał swoich kompanów, siedzących na swoich wierzchowcach. Wskoczył na swojego karego rumaka. Z miejsca ruszyli żwawym galopem. Podczas ucieczki nikt o nic nie pytał. Wszyscy domyślili się, w jaki sposób skończył Omar. To była dobra śmierć, godna takiego wojownika, jakim był Omar Adiin. Zginął na polu bitwy, walcząc ze złem. 

~~~

Złote oczy Ibrahama wyjrzały po raz kolejny zza kraty lochów. Nowicjusz, który parę dekad wcześniej nie stanął twarzą w twarz z odpowiedzialnością, stał się Rafikiem. Byłym Rafikiem. Po objęciu pozycji mistrza w Masjafie przez Abbasa Sofiana został zamknięty za zdradę. Miał zostać stracony podczas następnej pełni księżyca. Jednak starzec stał przy małym otworze w swojej celi, zupełnie tak, jakby wypatrywał żniwiarza. Śmierci bez większego ciosu w jego dumę i honor asasyna. Zginął jak zdrajca, nie jak osoba, która przyczyniła się do wielu rzeczy w bractwie. Wolnym krokiem podszedł do łóżka. Usiadł na nim, a chwilę później położył się na nim. Tym razem złotooki skupił swoją uwagę na suficie. Spojrzał na świecę, która była umieszczona tuż przed jego celą. Patrząc na mały płomień, przed jego oczami pojawiły się różne sceny jego krótkiego życia. 
– Czy… Ja umieram? – zapytał się samego siebie, głosem tak cichym, że tylko on mógł usłyszeć. 
Delikatnie się uśmiechnął. Cieszył się na wieść o swojej śmierci. Nie chciał już więcej cierpieć. Nie chciał być już więcej poddawany torturom ani podkulać ogon. Delikatnie rozchylił swoje wysuszone, popękane i sine usta. Umierał z powodu swojego wieku oraz licznych katorg. Jego stare ciało przestało być tak wytrwałe, jak kiedyś. Po prostu ludzka natura i czas były silniejsze niż jego wola młodzieńca. Zamknął spokojnie oczy i po raz ostatni wziął głęboki wdech do płuc. Przez chwilę myślał, że nad nim pochylała się śmierć… Z ulgą wypuścił powietrze z ust. W tym samym momencie świeca zgasła. Zupełnie tak, jakby ostatnim oddechem zgasił ostatnie swoje pragnienie.

Opowiadanie zawiera konteksty z serii gier Assassin’s Creed oraz książki „Assassin’s Creed; Tajemnicza krucjata” Bowden Olivera.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

"Tęsknota" - taki trochę fan fiction.

Siedziałam w łóżku, trzymając w dłoni ramkę ze wspólnym zdjęciem z moim zmarłym narzeczonym. Oboje byliśmy uśmiechnięci, jego silne ramio...